piątek, 20 października 2017

Praktyczne Biuro - korekta tekstu

Na portalach dla freelancerów aż roi się od zleceń dla copywriterów. Redakcja wszelkiego rodzaju tekstów jest zdecydowanie w cenie. Wśród ofert królują zlecenia na teksty reklamowe, opisy produktów, artykuły do pozycjonowania. Poza redakcją tekstów, od czasu do czasu można natrafić na zlecenia dotyczące korekty gotowych treści. Skąd bierze się taka potrzeba? Czy jest to wina niedouczenia? Zbędna fanaberia? Czy raczej dobre, odpowiedzialne zagranie?

Zdecydowanie hołduję tej trzeciej opcji. Osoby zlecające korektę własnych (lub zleconych) tekstów, poważnie traktują to, co robią i nie oszczędzają na jakości. Nawet najlepszy copywriter ma prawo robić błędy i - co więcej - ma prawo tych błędów nie zauważać! Tak to już jest, że łatwiej dostrzega się pomyłki cudze, niż własne - i nie jest to spowodowane zadufaniem czy przekonaniem o własnym perfekcjonizmie. Po prostu tak jest. Co więcej, nie mówię tu wcale o poważnych błędach językowych, do wykrycia których potrzebny jest dyplom magistra filologii polskiej, ale przede wszystkim o drobiazgach takich jak podwójna spacja, literówki, nieprawidłowe użycie małych/wielkich liter. 

Jeśli nasz tekst będzie zawierał takie potknięcia, na pewno wyłapie je niejeden czytelnik. A po co psuć sobie opinię, skoro można poprosić doświadczonego korektora, żeby "rzucił okiem" na nasze wypociny ;)

W dzisiejszym poście zdradzę co takiego robię ze zleconym tekstem, czyli jak wygląda praca korektora od kuchni...

  1. Po otrzymaniu tekstu do korekty, muszę go po prostu PRZECZYTAĆ. Od deski do deski. Ze zrozumieniem i z otwartym umysłem. Podejść do niego z różnych stron. Rozumieć intencje autora, wyczuć styl, w jakim tekst został napisany i nanosząc poprawki - wiernie ten styl odtwarzać. 
  2. Czytając, poprawiam wszystkie znalezione ewidentne błędy - literówki, ortografię, interpunkcję. Wątpliwości zaznaczam kolorem i zostawiam na kolejne czytanie. 
  3. Po przeczytaniu tekstu i dokonaniu jego korekty... Odpoczywam :) Tak, to bardzo ważna sprawa. Do tekstu trzeba nabrać dystansu, na dłuższą chwilę się od niego odciąć. 
  4. Ze świeżym umysłem siadam do tekstu ponownie. Poprawiam przeoczone błędy, zastanawiam się nad miejscami wątpliwymi. Formatuję. Tekst jest gotowy, ale jeszcze go nie wysyłam.
  5. Trzecie czytanie - zwykłe, bez "czepiania się" i wyszukiwania błędów. Za trzecim razem stawiam się w pozycji czytelnika i rozkoszuję tekstem. A jeśli po drodze coś mi w tym rozkoszowaniu przeszkodzi - poprawiam. I odsyłam.

Usługi korektorskie



A jeśli spodobał Ci się ten post...
i bądź na bieżąco z praktycznymi poradami

poniedziałek, 16 października 2017

Praktyczny Dom - gadżet Matki Polki numer 1



Niedawno, w ramach Praktycznego Biura, pisałam o 5 top gadżetach w pracy asystentki. Dzisiaj Praktyczny Dom ciągnie wątek gadżetów. Prowadzenie domu przy trójce małych dzieci to nie lada wyzwanie. Troje zupełnie różnych osobników, ze swoimi potrzebami i upodobaniami, do tego sprzątanie, pranie, gotowanie (w znacznie zwiększonej ilości) a w moim przypadku również praca na własny rachunek. Niełatwo udźwignąć taki ciężar, jednak są pewne drobiazgi, które Matce Polce mogą znacznie ułatwić życie.


Gadżet Matki Polki numer jeden odkryłam w dość naturalny sposób. Otóż w pierwszej ciąży pracowałam na etacie do dnia porodu. Potem – siłą rzeczy – rozpoczęłam urlop macierzyński,  jednak w dalszym ciągu byłam w stałym kontakcie z ówczesnym pracodawcą i zdalnie wykonywałam większą część przedciążowych obowiązków. Bardzo szybko doszłam do wniosku, że ciężko karmić noworodka, jednocześnie prowadząc rozmowę telefoniczną i sporządzając notatki. Podobnie z przewijaniem, kąpaniem i całą masą podobnych obowiązków. I właśnie wtedy odkryłam ją na nowo... Z szuflady wyjęłam dobra, wysłużoną... słuchawkę bluetooth! Dokładnie tą, którą kupuje się, aby móc prowadzić rozmowę telefoniczną, jednocześnie kierując samochodem. 


Gadżet ten niezwykle ułatwił mi codzienne funkcjonowanie. Nie tylko mogłam jednocześnie zajmować się Bąblem i wykonywać służbowe obowiązki, ale również - co ważne szczególnie przy starszych dzieciach - w ogóle wiedziałam, że dzwoni telefon! Gdy telefon leży dwa pokoje dalej, z magnetofonu lecą Smerfne Hity, a Bąble bawią się na całego, nietrudno przegapić, że ktoś próbuje się właśnie dodzwonić. Mam tu na myśli zarówno telefony służbowe jak i te prywatne (kochanie, jechać jeszcze do sklepu czy wracać szybko do domu?). Również spacery stały się o niebo prostsze. Wózek, tona zabawek, rączki dzieci, chrupki, butelki z piciem, mokre chusteczki i jeszcze do tego telefon (Co na obiad?) - gdy chociaż jedna z tych rzeczy odpada, od razu robi się znacznie lżej.

Polecam wszystkim Matkom Polkom - zarówno tym pracującym, jak i tym w 100% oddającym się macierzyństwu. Bądźmy w kontakcie ze światem - z Bąblem na ręku, przewijaku czy w wózku na spacerze! :) 

niedziela, 8 października 2017

Praktyczne biuro - niezbędne gadżety w pracy asystentki

Stereotypowy obraz lekarza? Biały fartuch i stetoskop.
Kucharz? Biała kucharska czapa, fartuch, drewniana łyżka w garści.
Architekt? Ołówek za uchem, ekierka, biały arkusz zarysowanego papieru.

A jak przedstawia się stereotypowy obraz osobistej asystentki/sekretarki? Oto kilka propozycji wyszukiwarki grafik Pixabay po wpisaniu hasła sekretarka:





Jak widać, komputer i telefon to podstawa. Czy rzeczywiście? Jakie są gadżety must-have asystentki, sekretarki czy też pracownika biurowego, bez których ciężko wyobrazić sobie codzienne funkcjonowanie? Korzystając z dotychczasowego doświadczenia jako asystentka - zarówno stacjonarna jak i wirtualna, stworzyłam 5-punktową listę moich najistotniejszych codziennych pomocy:

  1. Kartka i długopis. Nieprzypadkowo numer jeden na liście. Długopisy i kartki to absolutny mus. U mnie są one wszędzie. W każdej torebce i w każdym pomieszczeniu w mieszkaniu (no, może z wyjątkiem łazienki...) Słysząc dźwięk swojego smartfona, jedną ręką szukam dzwoniącego telefonu, a drugą łapię kartkę i długopis, żeby od razu móc notować co Klient / Szef ma do przekazania.
  2. Smartfon z dostępem do Internetu. Jako osobista asystentka muszę mieć dostęp do informacji zawsze i wszędzie. Często odpowiedź nie może czekać aż znajdę się przy komputerze i zdołam wykonać zlecone zadanie, musi być już, teraz, natychmiast! Najnowsze technologie bardzo ułatwiają szybki dostęp do informacji, z czego często i chętnie korzystam.
  3. Laptop z dostępem do Internetu. To chyba "oczywista oczywistość". Bez komputera, Internetu i podłączonej drukarki biuro - ani stacjonarne ani wirtualne - nie ma prawa bytu.
  4. Słuchawka bluetooth. Mój kolejny hit. Przydatna nie tylko w samochodzie, ale również wszędzie w mieście, gdzie po pierwsze ruch uliczny uniemożliwia usłyszenie telefonu, a po drugie zajęte (lub zmarznięte) ręce odmawiają długotrwałego trzymania telefonu. 
  5. Kalendarz Gmail. Przywiązanie do Gmaila wyniosłam z pierwszej posady jako asystentka, gdzie Szef pracował właśnie na tym kalendarzu - i tak mi zostało. Dzisiaj mam udostępnionych kilka kalendarzy kilku klientów, do tego swój firmowy i drugi - prywatny. Pierwsze miejsce, w które zaglądam po przebudzeniu to właśnie kalendarz Gmail. Do tego mam cały system kalendarzowych przypomnień - mailowych oraz telefonicznych, dzięki którym mam pewność, że nie umknie mi żaden istotny termin. 
Co powiecie na taki obraz asystentki? Zgadza się z Waszymi wyobrażeniami? A może macie swoje gadżety must-have, które dopisalibyście do listy?
 
Jeśli zainteresował Cię ten post,
i bądź na bieżąco!
 
Profesjonalne usługi wirtualnej asystentki:

sobota, 7 października 2017

Praktyczny dom - 15 przydatnych trików w praniu

Wielokrotnie zastanawiałam się jakim cudem nasze prababcie miewały sześcioro - siedmioro dzieci i dawały sobie radę BEZ PRALKI. W naszej rodzinie 2+3, gdzie najstarszy Bąbel ma świeżutko skończone 3 lata, a najmłodszy niewiele ponad pół roku, taki sprzęt jak pralka to przyjaciel nr 1. Średnio wstawiam 10 pełnych pralek tygodniowo. Ale co się dziwić - dwulatce zdarza się jeszcze w nocy zmoczyć łóżko i komplet pościeli siup do pralki, Junior ślini się na potęgę, o rozlewanym mleku i fruwających papkach nie wspominam. A Najstarsza widząc jedną tycią kropeczkę na rajstopkach stwierdza, że są one brudne, wrzuca do kosza i wyciąga kolejne, czyste.  Temat prania jest Praktycznemu Domowi dobrze znany, stąd i parę przydatnych trików.

  1. Pranie segreguję na 4: osobno piorę białe, ciemne, kolorowe i czerwone. Tak, czerwone to zdecydowanie osobna pralka. Na szczęście mając dwie córki, ubrań w odcieniach czerwieni i różu mam całkiem sporo, nie muszę więc czekać miesiąca, aby taką pralkę wstawić ;)
  2. Chusteczki do prania - hit ostatnich lat. "Wyciągają" one niepożądany kolor z prania, zapobiegając zafarbowaniu pozostałych ubrań. Używam, pomimo segregowania.
  3. Siateczki do prania. Używam sporadycznie, do delikatnych tkanin, rajstop, ubrań z cekinami i innymi drobnymi elementami, które mogą haczyć w praniu. Przydatne, ale nieczęsto używane.
  4. Płyny, proszki, kapsułki. Jestem zwolenniczką płynów. Nie rozsypują się jak proszek i pozwalają się dozować - nie jak kapsułki. Płyn do płukania Coccolino - pięknie pachnie i utrzymuje się na ubraniach, chociaż mój nos chyba się do niego za bardzo przyzwyczaił. Może ktoś polecić godnego konkurenta? Chętnie wypróbuję.
  5. Mydło na plamy. Pocieram nim świeżą plamę, a po paru godzinach wrzucam ubranie do pralki. Bardzo ekonomiczne - przy wspomnianych ilościach prania, jedną kostkę mam od ponad 3 lat i nadal jest jej ponad połowa!
  6. Świeże plamy na obrusie traktuję wodą gazowaną. "Wyciąga" ona plamę z obrusa znacznie lepiej niż zwykła woda.
  7. Za radą znajomej swetry od niedawna piorę w... dziecięcym szamponie do włosów. Dzięki temu pozostają one puszyste i milutkie, że aż chce się je zakładać :)
  8. Do białego prania od czasu do czasu dorzucam łyżkę sody oczyszczonej, dzięki czemu biel jest jeszcze bielsza!
  9. Kurtki i bluzy z zamkiem błyskawicznym najpierw zapinam, a potem przewracam na drugą stronę. Zamki nie odrywają się, nie haczą i nie niszczą bębna.
  10. Plamy z potu na białych koszulach najpierw pocieram magicznym roztworem 1/2 szklanki soku z cytryny + 1/2 szklanki wody.
  11. Wciągam Bąble do pomocy przy praniu. Dwu- i trzylatka doskonale wiedzą który płyn gdzie wlewamy, potrafią wstępnie posegregować pranie, przypominają o chusteczce do kolorów. Równie chętnie opróżniają bęben i wieszają pranie na suszarkę. Pomagają, mają swój obowiązek do wykonania, nie nudzą się gdy ja jestem zajęta domem - same korzyści!
  12. Pralka nie tylko dla ubrań - w naszej pralce prały się już pluszaki, ceraty, szmaty, mopy, wałki od malowania ścian, gąbki (poza tymi do ciała), całe sterty poremontowych sprzętów. Jak się okazuje - można. Podobnie testowałam co można umyć w zmywarce - ale o tym innym razem ;)
  13. Pranie wyciągam i rozwieszam gdy tylko się skończy prać. Dzięki temu unikam tony prasowania. Właściwie, poza koszulami to nie prasuję. Ale to nie przypadek - kupuję takie ubrania, które tego prasowania nie wymagają. Szkoda mi czasu na prasowanie...
  14. Prasowanie koszul - tu mistrzem jest mój brat. Genetyka zrobiła swoje i oboje charakteryzujemy się wstrętem do żelazka. Brat wyciąga koszule z pralki zanim zacznie wirować, rozwiesza je na wieszakach na balkonie lub nad wanną i pozwala schnąć. W zależności od materiału, tak wysuszonej koszuli albo nie prasuje się wcale, albo prasowanie jest znacznie łatwiejsze.
  15. Wieszaki. Moja mama robiła tak zawsze, stąd myślałam, że każdy tak robi. Okazuje się, że wcale nie, dlatego dorzucam ten punkt do listy. Koszule, bluzy, kurtki suszę na wieszakach ubraniowych. Na suszarce zajęłyby one strasznie dużo miejsca, poza tym nie wiedziałabym jak je rozwiesić, żeby wyschły jak najszybciej i pogniotły się jak najmniej. Na wieszaku natomiast schną szybko, pięknie rozprostowane i gdy tylko są suche, z tym samym wieszakiem wędrują na miejsce do szafy. 
Czy macie jeszcze jakieś sprawdzone patenty na pranie? A może nie zgadzacie się z jakimś punktem? Chętnie podyskutuję i dowiem się czegoś nowego.  

A jeśli spodobał Ci się ten wpis, polub nas na Facebooku
i bądź na bieżąco z praktycznymi poradami!

poniedziałek, 2 października 2017

Praktyczne biuro - CV: grzechy ciężkie

 

Chyba każdy aktywny na rynku pracy miał kiedyś do czynienia z dokumentem jakim jest CV. Każdy z nas ma też swoje pojęcie na temat tego, jak powinno ono wyglądać i jakie elementy powinno zawierać. Ile osób, tyle opinii, jest jednak parę błędów, moim zdaniem bezspornych, których pracownik powinien się wystrzegać tworząc taki dokument. 



No właśnie, dokument. CV to nie wypracowanie, nie post na blogu, nie ogłoszenie prasowe. Jest to dokument, w dodatku dość ważny, bo na podstawie pierwszego wrażenia, jakie CV wywrze na potencjalnym pracodawcy, pracownik zostaje zaproszony do dalszego etapu rekrutacji lub z niej definitywnie wypada. 
W swojej dotychczasowej karierze zawodowej niejednokrotnie zajmowałam się procesem rekrutacji: od stworzenia ogłoszenia o pracę, poprzez selekcję CV kandydatów, aż po rozmowy kwalifikacyjne i testy językowe. Na podstawie doświadczenia zdobytego w agencji zatrudnienia oraz w późniejszej pracy biurowej, utworzyłam listę najpoważniejszych grzechów popełnianych przez kandydatów do pracy w swoich dokumentach CV, oto i one:
  1. Błędy i literówki. Jak w każdym dokumencie - niedopuszczalne. A błędów w CV regularnie znajduję na pęczki - ortograficzne, interpunkcyjne i przede wszystkim literówki. Większość z tych błędów dziwi mnie okrutnie, ponieważ dokumenty te pisane są w programie MS Word, który (jeśli sami jej nie wyłączymy) ma uruchomioną opcję sprawdzania poprawności, więc wyrazy te są przez program podkreślane czerwoną falistą linią. W przypadku pozostałych błędów, radzę albo kilkakrotnie dokładnie przeczytać to, co zostało napisane albo przed rozesłaniem dokumentu do pracodawców, pozwolić przeczytać go zaufanej osobie - koleżance czy członkowi rodziny, który wyłapie ewentualne potknięcia.
  2. Formatowanie tekstu. Programy edytorskie dają cały ogrom możliwości formatowania tekstu - rodzaj czcionki, jej rozmiar, możliwość podkreślenia, pogrubienia, pisania kursywą, zastosowanie kolorów, odstępów, numerowanie, punktowanie, wyrównanie. Kandydaci stosują tu dwie skrajności: widywałam CV napisane jednym ciurkiem bez zastosowania jakiegokolwiek formatowania, jak również "przeformatowane" dokumenty, które z nikomu nieznanych powodów nagminnie STOSUJĄ WIELKIE LITERY, czcionkę pogrubioną, nie wspominając o wyrazach olbrzymach. Gdzie leży klucz do formatowania? W umiarze: podkreślenie, pogrubienie lub większy rozmiar czcionki radzę stosować w tytułach sekcji, głównej informacji jaką jest imię i nazwisko, do wyszczególnienia pojawiających się jedna pod drugą dat (np. zatrudnienia), ale nie w samej treści - chyba, że naprawdę znajduje się tam wyjątkowo ważna informacja o kluczowym znaczeniu - jedna w całym dokumencie, nie jedna z dwudziestu pięciu :) Poza tym: justowanie, punktowanie, stosowanie tabulatorów (zamiast dwunastu spacji) - to podstawy. Szczególnie wymagam tego od osób, ubiegających się o posadę pracownika biurowego, przekonujących w składanym CV o "zaawansowanej znajomości pakietu MS Office".
  3. Zdjęcie. Zdecydowana większość CV z jakimi miałam styczność zawierały zdjęcie kandydata. Idealnie jest to wyraźna twarz kandydata ustawiona na wprost lub z delikatnego profilu, na jasnym tle, z subtelnym uśmiechem, w garniturze/ białej koszuli lub innym eleganckim stroju. Niejednokrotnie jednak są to zdjęcia całej postaci, wycięta twarz z całości zdjęcia (a na ramieniu kandydata spoczywa czyjaś obejmująca go kudłata ręka), fotki w koszulce na ramiączkach z dekoltem po pępek lub zdjęcia z wakacji, imprez, wypadu do lasu. Nawet jeśli na wakacyjnym zdjęciu z Majorki wyglądasz Twoim zdaniem korzystniej (opalona, wypoczęta, zadowolona), postaw jednak mimo wszystko na klasyczne, nudne zdjęcie "legitymacyjne". Chyba, że ubiegasz się o posadę fotomodelki, wtedy zapewne obowiązują nieco inne zasady ;) 
  4. Nazwa pliku i adres mailowy, z którego przesyłane są dokumenty aplikacyjne. Niestety, ale nie przekonuje mnie plik "Niunia CV" ani również "CV moje 7" - a są to autentyczne nazwy przesłanych plików CV. Jak również adresy mailowe typu "cukiereczek@gmail.com" albo "boski_rambo@yahoo.com" nie najlepiej świadczą o powadze kandydata do pracy. Pamiętaj, że wszystkie te elementy składają się na to jak pracodawca postrzega Ciebie jako potencjalnego pracownika. Dobrze jest więc - przynajmniej na potrzeby rekrutacji - założyć skrzynkę "imię.nazwisko@domena.pl", a plik CV nazwać "CV imię i nazwisko".
  5. Wersja anglojęzyczna. Często wymagana przez pracodawcę jest również wersja CV w języku angielskim. Oczywiście nie każdy jest wykształconym filologiem, który bezbłędnie przetłumaczy swoje CV, jednak widząc dokument naszpikowany błędami językowymi, a następnie informację o zaawansowanym poziomie języka angielskiego kandydata, nie mam ochoty zagłębiać się w pozostałe szczegóły. Natomiast w przypadku osób z komunikatywną znajomością języka, zdecydowanie doradzałabym skorzystanie z usług tłumacza. Najgorszym możliwym rozwiązaniem jest nieumiejętne tłumaczenie słowo po słowie, z pomocą tłumacza Google lub internetowym słownikiem - tym bardziej, że słownictwo występujące w CV jest dość specyficzne i zwykły słownik niekoniecznie sobie z nim poradzi. 
Powyższe punkty uważam za niewybaczalne potknięcia. Jest to lista bezspornych błędów, z którymi chyba nikt nie będzie dyskutował. Czy jest coś co dodalibyście do powyższej listy?
W kolejnym poście zamierzam umieścić swoje subiektywne spostrzeżenia dotyczące dokumentu CV - jednak w przeciwieństwie do powyższego postu będą to punkty, z którymi można się nie zgodzić, ponieważ odnoszą się do naszego gustu i upodobań. 

Jeśli jesteś ciekawy kolejnego postu i chciałbyś podyskutować w temacie rekrutacji, 
i bądź na bieżąco!

wtorek, 26 września 2017

Praktyczny dom - jak nie wydać fortuny na dziecko

 
O tym, że dziecko jest ogromnym wydatkiem, wie chyba każdy rodzic. Zaczyna się od wyprawki, potem gdy Maluch jest na świecie pieniądze regularnie idą na pieluchy czy mleko, z czasem dochodzą zabawki, książeczki, bilety wstępu na różnego rodzaju wydarzenia, a w końcu podręczniki szkolne, kieszonkowe oraz wszelkie mniejsze czy większe zachcianki Bąbla. 



W Praktycznym Domu szukamy sposobu jak zaoszczędzić trochę grosza, nie zaniedbując przy tym Bąblowych potrzeb. Oto kilka stosowanych przeze mnie patentów:

Pieluchy i mleko. Te dwa artykuły przez pierwszy rok – półtora życia dziecka idą jak woda. Cena regularna jest co najmniej powalająca, jednak na szczęście pojawiają się ratujące portfel promocje. Gdy tylko dowiaduję się o takiej promocji, kupuję na zapas. Potrafię jednego dnia przytargać do domu 6 kartonów pieluch (czyli ok. 600 sztuk) albo 10 kartonów mleka (gdzie karton wystarcza w naszym przypadku na ok. 2 tygodnie). Przecież tak czy inaczej będę w końcu musiała kupić, dlaczego więc nie za niższą cenę? O promocjach na mleko i pieluchy zazwyczaj dowiaduję się z różnego rodzaju reklam, gdy sama poszukuję promocji korzystam ze strony www.mlekoipieluszki.pl Polecam!
Gotowe słoiczki tylko na wyjścia i wyjazdy. Na co dzień Bąble dostawały papki własnoręcznie robione. Oczywiście nie wyobrażam sobie codziennego gotowania mini porcyjki zupki, następnie starannego jej miksowania i przecierania, ale raz na miesiąc można kupić kilo marchewki czy innych aktualnie spożywanych warzyw lub owoców, ugotować, zblendować, poporcjować i zamrozić – dokładnie tak postępuję już z trzecim Bąblem i system uważam za bardzo udany.
Mokre chusteczki tylko na spacerach. Wielokrotnie spotkałam się z ubolewaniem rodziców jakie ilości mokrych chusteczek zużywają na co dzień ich pociechy. Trochę mnie to zdziwiło, bo u nas idą maks. 2-3 dziennie - kiedy na spacerze zachce się jeść, a łapki brudne od zabawy. Okazuje się, że wielu rodziców również w domu używa mokrych chusteczek. My wolimy wodę z mydłem :) Bąble od najmłodszego mają rączki myte kilka razy dziennie pod kranem, Dziewczyny (2 i 3 latka) robią to już właściwie same, stojąc na schodku. A mini opakowania mokrych chusteczek kupujemy raz od wielkiego dzwonu.
Ubranka w większości z drugiej ręki. Rzadko kiedy muszę Bąblom coś kupić do ubrania. Zarówno dla Dziewczyn jak i dla Juniora regularnie otrzymuję „dostawy” ubranek po starszych kolegach czy koleżankach. Ubranka noszone, czasami z drobnymi śladami używania, ale – nie oszukujmy się – małe dziecko nie jest w stanie „znosić” zakupionych ubranek, bo po prostu z nich wyrasta. Dlatego niektóre ciuszki noszone przez Juniora mają już piątego właściciela (i nadal są w świetnym stanie!). Polecam również wszelkie fora Facebook’owe typu „Mamy sprzedają” oraz portal OLX, gdzie za niewielkie pieniądze można nabyć całkiem fajne ubranka dla Bąbli, a gdy z nich wyrosną – na podobnej zasadzie odsprzedać dalej.
Buty i ubrania posezonowe. Regularnie robię wycieczki po sklepach na przełomie sezonów, wyławiając skarby na kolejny rok. Mniej więcej jestem w stanie przewidzieć rozmiar, jaki Bąble będą nosić w przyszłym sezonie, a nawet jeśli nie trafię to cóż, wprawdzie jedna bluzeczka za 2 złote pójdzie na straty, ale unikam kupowania tych samych rzeczy za kosmiczne pieniądze na początku sezonu… 
Wrześniowe promocje - zakupy na kolejny rok
Uniwersalność. Mając 2 córki i syna, bardzo dbam o to, żeby kupowane dla Bąbli artykuły były uniwersalne. Mało u nas różowości, falbaneczek, koroneczek, zabawek, gadżetów typowo dla dziewczynek. Pokoje w kolorach niebieskim i zielonym (tapetowane gdy na świecie była tylko Najstarsza, dwoje kolejnych dopiero w planach), wózek granatowy, bujaczki, leżaczki, foteliki, pościele, ręczniki, talerzyki – wszystko to kupowaliśmy tak, aby pasowało zarówno dla chłopca jak i dziewczynki, dzięki czemu służy nam już przy trzecim Bąblu!
Prezenty. Gdy zbliżają się święta czy inne uroczystości, chętnie podpowiadamy członkom rodziny czego aktualnie Bąblom potrzeba. W ten sposób unikamy sterty nieprzydatnych zabawek (bo przecież coś trzeba kupić), a jednocześnie sami nie musimy wydawać na naprawdę niezbędne artykuły. I tak, swojego czasu prezentem dla Młodszej był fotelik samochodowy, czy ogromny zestaw baterii paluszków, a dla Starszej wyposażenie nowego pokoju: dywanik, mała piankowa sofa, zestaw stolik + krzesełka.
Zdrowy rozsądek. Przy każdym zakupie zastanawiamy się porządnie czy aby na pewno jest to rzecz niezbędna czy tylko kolejny gadżet, który ślicznie wygląda, jest malutki, fikuśny, wspaniale dopasowany do malutkiego człowieka, ale na dłuższą metę – niekoniecznie potrzebny… 😊


Jeśli spodobał Ci się ten wpis, polub nas na Facebooku
i bądź na bieżąco z praktycznymi poradami!

środa, 20 września 2017

Praktyczne biuro – tłumaczenia ustne

 

Jeśli Twoja firma prowadzi interesy z partnerami zza granicy, na pewno niejednokrotnie pojawiła się konieczność skorzystania z usług profesjonalnego tłumacza. Dwa główne rodzaje przekładu, jakie mogą być nam potrzebne to tłumaczenie ustne oraz pisemne.


Co ciekawe, w języku polskim oba wspomniane rodzaje tłumaczeń nazywane są jednym wyrazem TŁUMACZENIE. Nie wszystkie języki jednak proponują takie samo rozwiązanie, stosując w zamian dwa oddzielne wyrazy nazywające tłumaczenie pisemne i tłumaczenie ustne:


Dzisiaj na tapecie tłumaczenie ustne. Jest to o tyle trudniejszy rodzaj tłumaczenia, że wymaga natychmiastowej reakcji tłumacza, pełnej koncentracji oraz doskonałej techniki przekładu. Tłumacząc ustnie, tłumacz nie ma możliwości skonsultować się ze słownikiem, Internetem czy kolegą po fachu.

Aby zapewnić swojej firmie jak najlepszy, fachowy przekład, warto wziąć pod uwagę poniższe aspekty:

  1. Korzystaj z usług profesjonalnych tłumaczy, doświadczonych w przekładzie ustnym. Osoba znająca perfekcyjnie język obcy, nie zawsze będzie potrafiła wykonać dobre tłumaczenie ustne. Oprócz znajomości języka, potrzebna jest jeszcze odpowiednia technika i umiejętności. 
  2. Zlecając tłumaczenie, dostarcz swojemu tłumaczowi możliwie jak najwięcej informacji. Pozornie nieistotne informacje mogą być dla tłumacza dobrą wskazówką: rodzaj i temat tłumaczonej wypowiedzi, szczegółowy plan (konferencji/szkolenia/spotkania), broszury informacyjne, które otrzymali uczestnicy, oficjalne nazwy własne, używane w wypowiedzi, wskazanie fachowego (branżowego) słownictwa, zwrotów i wyrażeń, których tłumacz może się spodziewać, imiona i nazwiska osób, które będą wspominane w wypowiedzi oraz wszelkie inne wskazówki, jakie przyjdą Ci do głowy.
  3.  Wraz z tłumaczem ustal jakiego rodzaju tłumaczenia oczekujesz. Poniżej prezentuję główne rodzaje tłumaczeń ustnych wraz z krótkim omówieniem.
  • Tłumaczenie symultaniczne – jednocześnie wypowiada się mówca oraz tłumacz, przekładający jego słowa. Rodzaj tłumaczenia najczęściej wykorzystywany podczas konferencji, kiedy tłumacz znajdujący się w dźwiękoszczelnej kabinie za pomocą specjalnego sprzętu audio odbiera przekazywany przez mówcę komunikat, a następnie tłumaczy go na język docelowy;
  • Tłumaczenie szeptane – rodzaj tłumaczenia symultanicznego, jednak bez użycia specjalistycznego sprzętu. Tłumacz na bieżąco przekłada słowa mówcy, znajdując się w bliskiej odległości od odbiorców tłumaczenia (maksymalnie kilka osób).
  • Tłumaczenie konsekutywne - stosowane podczas konferencji tłumaczenie obszernych fragmentów wypowiedzi. Tłumaczenie nie jest dosłownym przekładem słów mówiącego, a raczej odtworzeniem sensu wypowiedzi na podstawie notatek sporządzonych podczas jej wygłaszania;
  • Tłumaczenie liason – rodzaj tłumaczenia konsekutywnego, podczas którego tłumacz dokonuje przekładu wypowiedzi zdanie po zdaniu;
  • Tłumaczenie towarzyszące – tłumacz asystuje danej osobie podczas załatwiania różnego rodzaju spraw – wizyt lekarskich, wizyt urzędowych, na spotkaniach, przy okazji rozmów;
Trafny wybór rodzaju tłumaczenia zagwarantuje płynny przepływ informacji oraz osiągnięcie zamierzonego celu. 

Profesjonalne tłumaczenia ustne: